| Oglądanie, czyli czytanie |
|
Jerzy Suchanek
Opisanie czyjejś twórczości najczęściej prowadzi do osadzania jej na mieliznach kontekstów. W krytycznym porządkowaniu więcej bywa pozoru, blichtru, którym pyszni się krytyk, niż żywej emocji. I mnie będzie trudno uniknąć płycizn. Mimo, że nie potrafię patrzeć zimnym okiem na obłoki wyobraźni przyszpilone do płaszczyzny obrazu, jak motyle w gablocie. Ich jedyny opis jest nie do wyrażenia słowami. Słowa są bowiem oczywiste - nawet jeśli wieloznaczne same w sobie lub w konfiguracjach zdań i akapitów. Ale dość już tych usprawiedliwień. Gdy przed trzydziestu laty po raz pierwszy pisałem o malarstwie Marka Przybyły udało mi się uniknąć osadzania jego twórczości w nurtach i modach. Czas unieważniłby tamte narzucające się pod wpływem chwili klasyfikacje. Jeśli nawet u początków twórczości Przybyły inspiracją byli dla niego rozpoczynający wówczas swój sukces metaforyści, to byli tylko - jako że znacznie starsi - typowymi mistrzami młodości. Z ich ikonografii wykorzystał tylko to, co jego wyobraźni się przydawało i przydało, nawet upodobanie do ezoteryki, tak dla metaforystów charakterystyczne, Przybyła rozwinął po swojemu. Owszem, znajdziemy u niego i specyficzne elementy architektoniczne, fantastyczne krajobrazy, plejadę symboli i idolów/golemów/demonów. Jednak ustrzegł się Przybyła metaforycznego gadulstwa, potrafił zawsze skupić uwagę odbiorcy na wyrazistym motywie przewodnim. Pomagało mu w tym nieprawdopodobne wyczucie gry kolorów, swobodne i precyzyjne operowanie paletą, a nawet łączenie kilku palet. Zaskakującą gamę barw popartu ujarzmił, jakby była łagodnym wałachem, a nie dzikim ogierem. Nie wypada ubolewać, że aż tak pochłonęła Przybyłę grafika i chyba nieco kosztem malarstwa, ale było to konsekwencją dążenia do zwięzłości, selekcjonowania znaczeń, zamieniania obrazu w ideogram. Narzuciły to także artystyczne obsesje Przybyły - wspomniane zauroczenie ezoteryką oraz erotyka. Ale erotyka Przybyły poprzez estetykę kobiecych kształtów, a nawet szczegółów anatomicznych, prowadzi odbiorcę do pytań zgoła metafizycznych. Od kobiety-modliszki poprzez walkę płci do mitu androgynicznego (często np. głowa mężczyzny ulega stylizacji w omegę, zaś kobieta w spionizowaną literę alfa) Przybyła zadaje pytania o tożsamość ego, o relacje ego z alter ego, czy ego z ego. Ba, potrafił nawet wystawić na szwank idealistyczne przekonanie o pierwszeństwie miłości duchowej przed erotyczną cyklem dekupaży ,,Mujer de Magia Negra”, prowokującym odbiorcę do perwersyjnego manipulowania postaciami kobiet i mężczyzn, uruchamiania ich ciał, zastygłych w pozach np. kopulacyjnych. Odwołując się do podświadomej tęsknoty za obrazem równocześnie nieruchomym i ruchomym (również dlatego, że można go odtwarzać wciąż od początku), z ironią obnażył prymitywizm w jaki popadło kino, czy raczej: filmowanie, wynalazek zrodzony z tęsknoty za wiecznym ruchem, wieczną miłością i perpetuum mobile. Pamiętajmy jednak, że zabawa w ruchome płaskie obrazki jest znacznie wcześniejsza niż kino, wywodzi się z kultur starożytnych, jak egipska, bądź zachowujących ze swoją starożytnością bezpośrednią ciągłość, jak kultury dalekowschodnie. Stamtąd jednak Przybyła czerpie coś ważniejszego - obecność w obrazie ideogramów i tożsamość obrazu z ideogramem. Od symboli, jakimi są mniej lub bardziej przetworzone pojedyncze litery różnych alfabetów, również ideograficznych, jak np. egipskie hieroglify, albo alfabety japońskie i chińskie, po znaki jako takie, nawiązujące do estetyk wypracowanych we wspomnianych, egzotycznych kulturach. Przybyła przypomina przy tym nieustannie, że nie ma znaku, który - poza określonym walorem estetycznym - byłby pusty. Czy jest to figura geometryczna, czy litera. Każdy znak obok komunikatu estetycznego, jest przekazem wartości, lub antywartości, jest dodatni lub ujemny. Nie ma tu opcji zerowej, bo nie jest nią również brak znaku, puste miejsce po znaku, lub przed znakiem (czyli zanim tam znak się pojawi). Od "alfabetyzowania" swych gwaszy, grafik i rysunków poprzez wpisywanie w nie krótszych lub dłuższych tekstów filozoficznych i poetyckich w sposób naturalny dotarł Przybyła do pisania własnych utworów literackich - zarówno samodzielnych esejów, jak i próz poetyckich, zintegrowanych z obrazami lub je - nierzadko zwrotnie - uzupełniających. Jest to twórczość hermetyczna, ale hermetycznością labiryntu, który tylko przed kimś nieumiejącym odczytywać wskazówki umieszczone na ścianach korytarzy i sal, lub zbyt leniwym, bo rozwijać nić, ukrywa i wejście i wyjście. W grafikach Przybyła to mnoży labiryntowe fraktale splątanych źdźbeł i pasemek, to ogranicza się do niemal naiwistycznego rysunku toporną kreską. Gdy w czarnobiałych pracach rezygnuje z euforystycznych palet indyjskich, podejmuje trud opisania kolorów, zdefiniowania ich językiem literackim, poetyckim, nadania im imion i spersonifikowania także poprzez zorganizowanie układu tekstu tak, by "rysował" kształty, nadznaki. Bo oglądanie jest czytaniem, czytanie jest oglądaniem. A gdy damy się uwieść metafizycznie rozchylonym kobiecym szczelinom, lub nieco tautologicznie dominującym fallusom, artysta znienacka nas ostrzega przed naszą podświadomością, czy aby nie wiedzie nas ku zbytnim hulankom wyobraźni. Prace Przybyły bronią się też skutecznie przed zbytnią powagą, nadmiernym intelektualizowaniem. W erotyzmie przecież tyleż mistycyzmu, co zwykłej radości i przyjemności, w ezoterycznych tajemnicach tyleż lęku przed nieznanym, nieprzedstawialnym i nieopisywalnym, co ekscytującej zabawy w wywoływanie duchów. |